Największa baza filmów w Internecie :P
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Tego bloga prowadzą dla Was ja, czyli Janas Paweł i ponoć jegomość Szymek eSZ. Szymek pisze mało, a jak już pisze, to marnie.
RSS
piątek, 02 grudnia 2011

Trudno nazwać go aktorem z prawdziwego zdarzenia, jeszcze trudniej wskazać wartościowy film, w którym wystąpił, a jednak stał się jedną z niekwestionowanych gwiazd kina akcji lat 90. Nienaganna muskulatura i technika walki, a także nadzwyczajna gibkość i przyjemna aparycja, nie tylko otworzyły mu wrota do wielkiej kariery, lecz również zjednały mu całe zastępy fanów. To właśnie o blaskach i cieniach międzynarodowej sławy, opowiada główny bohater filmu "JCVD". Zdradza, że za kulisami luksusowej codzienności czają się różne niebezpieczeństwa, ludzkie słabości i namiętności. Oto przed Wami skruszony i szczery Jean-Claude Camille François Van Varenberg, czyli po prostu Jean-Claude Van Damme.

 

 Zaraz na początku "JCVD", reżyser Mabrouk El Mechri zabiera widza na plan zdjęciowy najnowszego niskobudżetowego filmu Jean-Claude'a. Jest dużo akcji i testosteronu. Oczywiście, jak przystało na produkcję klasy B, przeciwnicy padają jak rażeni piorunem, wybuchy przypominają petardy w noc sylwestrową, a scenografię zrobiono przy pomocy nożyczek, bloku rysunkowego i kleju biurowego. Na krytyczne uwagi Van Damme'a, reżyser ironicznie pyta: "Czy on myśli, że my tu kręcimy Obywatela Kane'a?" Ta scena, to po prostu zawoalowana parodia filmów z udziałem Belga, przy której setnie się ubawiłem. Nie chcąc uprzedzać wydarzeń i psuć wam przyjemności z seansu, napiszę tylko, że osią wydarzeń jest napad na placówkę pocztową, za który wszelkie podejrzenia spadają na naszego bohatera.

Akcja filmu jest rwana i przeplatana retrospekcjami Jean-Claude'a. Niespecjalnie sprzyja to widzowi w odbiorze i zrozumieniu przedstawionej historii. Dodatkowo, zaburzając chronologię wydarzeń, twórcy jeszcze bardziej komplikują widzowi to zadanie. Odnalezienie się w tym fabularnym chaosie, nie jest przyjemną pracą umysłową. Jest jak raczej rozplątywanie słuchawek wyciągniętych z kieszeni, aniżeli układanie pejzażu z puzzli. Niektórzy, powyższe zabiegi fabularne zaliczą tej produkcji na plus, natomiast dla mnie jest to niepotrzebne gmatwanie prostego przebiegu zdarzeń. Wspomniana prostota jest tylko fasadowa (i mam nadzieję, że zamierzona), bo nie ulega wątpliwości, że "JCVD" ma drugie oblicze, lepsze oblicze. Przecież Van Damme mógł zasiąść przed kamerą w domowym zaciszu i racząc się herbatą, przelać swoje żale na materiał światłoczuły. No i kto by to w ogóle oglądał? Tym samym, nie zbliżyłby się do swojego marzenia, jakim jest rola w filmie realizowanym przez studio. Dlatego też, Jean-Claude potrzebował przaśnej historii, nieaspirującej do bycia clou tej produkcji. Najważniejsze bowiem, kryje się w zaledwie kilku scenach, wartych kilkukrotnego obejrzenia. Z kolei w paru innych, jak nic pojawią się u was "kurze łapki", a mięsień jarzmowy większy leniwie dźwignie kąciki ust.

Niemalże wszyscy aktorzy występujący w filmie El Mechri'ego, to ludzie nie znani szerzej w świecie filmowym. Ciężko jest się wypowiadać na temat ich kreacji aktorskich, nie mając żadnej bazy porównawczej w postaci innych odtwarzanych przez nich ról. Śmiało jednak mogę powiedzieć, że żadna postać nie raziła sztucznością, a to już dużo.  Czy Van Damme mógł zagrać w tym filmie źle? Czy kto inny mógłby lepiej przedstawić prawdziwe troski i rozterki 'Muskułów z Brukseli, niż on sam? Pewnie nie, ale czy to jeszcze gra aktorska? Jestem ciekawy, na ile jego łzy są prawdziwe, a ile to pozoranctwo. Tego się nie dowiemy, za to można dzięki tej roli zyskać całkiem nowe spojrzenie na osobę i talent Jean-Claude'a. Mnie przekonuje, to co widzę i słyszę. Świat byłby weselszy i pogodniejszy, gdyby wszyscy potrafili nabrać dystansu do siebie, a duże życiowe porażki przekuwali w małe sukcesy. Takim z pewnością jest "JCVD".

 O ile pisanie o muzyce filmowej w wielu przypadkach przychodzi mi z trudem, to tym razem z przyjemnością napiszę o niej kilka słów. Ścieżka dźwiękowa do "JCVD" jest krótka, i choć liczy sobie zaledwie pięć utworów, to chyba każdy z nich dobrze pasuje do życia głównego bohatera. Piosenkę "Hard Times" Baby Huey'a słyszymy podczas pierwszej sceny, w której Van Damme szerzy zniszczenie i pożogę, niczym grecki bój wojny. W trakcie seansu przewija się jeszcze przebój Davida Bowie "Modern Love, ale to utwór "Down" wykonywany przez Labi Siffre jest chyba najbardziej dosadny i adekwatny do filmu.

Koniec końców, trzeba kończyć. Te półtorej godziny seansu wypali wam dziurę w grafiku, jeżeli nastawicie się na dobry film akcji. Zamiast tego, wcielcie się w postać księdza spowiednika, rozgrzeszcie grzesznika i zostawcie komentarz. Kto wie, może Jean-Claude tu zajrzy. 

Tagi: jcvd
15:14, freenchman
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 lutego 2011

Jeśli straciliście już wiarę w amerykańską kinematografię, a "Fabryka Snów" jest dla was synonimem sztampy, oto komplikacja, która choć odrobinę podreperuje waszą opinię o Hollywood. Taki filmowy easter egg:)

 

 

20:48, freenchman
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 lutego 2011

Amerykanie uwielbiają rankingi. Klasyfikują wszystko i wszystkich, na wiele sposobów i pod względem różnych kryteriów. Nie ważne, czy chodzi o grubość Hot - Doga, seksapil mrówkojadów, czy najlepsze walki bokserskie. Ranking to świętość i koniec kropka. Ta zasada odnosi się również do prezydentów Stanów Zjednoczonych. Powstało mnóstwo porównań i zestawień w przedmiocie jakości sprawowania najważniejszego urzędu Stanów Zjednoczonych. Pomimo drobnych różnic między nimi, w większości pokrywają się ze sobą, sytuując na czele i na końcu te same osoby. I tak, Abraham Lincoln, Franklin D. Roosevelt i George Washington uważani są powszechnie za najlepszych prezydentów USA, natomiast  Ulysses S. Grant, Richard M. Nixon, wreszcie George W. Bush za najgorszych. O ile, pozycje wyżej wymienionych prezydentów nie budzą wątpliwości, o tyle permanentne pomijanie dokonań i zasług Johna Adamsa jest niezrozumiałe. Taki stan rzeczy utrzymywał się do 2008 roku, gdy światło dzienne ujrzał miniserial produkcji HBO pt: "John Adams". Intencją osób odpowiedzialnych za produkcję tego serialu, nie było wywołanie burzy, a ukazanie społeczeństwu amerykańskiemiu prawdy o życiu i działalności politycznej, drugiego Prezydenta Stanów Zjednoczonych, Johna Adamsa.

O powodzeniu przedsięwzięcia świadczy 13 statuetek Emmy, zdobytych podczas jednej gali w 2008. Tym samym, "John Adams" ustanowił rekord, zostawiając w tyle: "Angels in America" oraz "Eleanor and Franklin" (obie produkcje po 11 nagród). Jakkolwiek, nagrody mają znaczący wpływ na powszechny odbiór i postrzeganie dzieła, to o tyle w przypadku "Johna Adamsa" stanowią po prostu "kropkę nad i".

Scenariusz miniserialu, oparty na biografii Johna Adamsa autorstwa Davida McCullougha, odznacza się niezwykłą drobiazgowością, poszanowaniem faktów historycznych i naturalizmem. Nic dziwnego, skoro McCullough, za biografię Adamsa, otrzymał Pulitzera. Fabuła obejmuje okres od tzw. "Masakry bostońskiej", aż do śmierci tytułowego bohatera. A zatem, twórcom udało się zawrzeć 56 lat życia drugiego prezydenta, w tym pół wieku historii USA, w zaledwie 500 minutach, rozdysponowanych na 7 odcinków. W trakcie seansu zobaczymy proces kapitana Prestona i jego ludzi, obrady I i II Kongresu Kontynentalnego, uchwalenie Deklaracji Niepodległości, zmagania w wojnie z Anglią, pierwsze wybory prezydenckie, kształtowanie stosunków z mocarstwami europejskimi, prezydentura Johna Adamsa, aż po jego symboliczną śmierć 4 lipca 1826 roku. Tego samego dnia wyzionął ducha również Thomas Jefferson. Była to 50 rocznica uchwalenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Scenarzyści nie zapomnieli o żadnym z  najważniejszych wydarzeń z początków formowania się państwowości USA, a spoiwem całej akcji, jest rzecz jasna, John Adams. Co więcej, Kirk Ellis, David McCullough i Michelle Ashford odważyli się zakwestionować błędne zbiorowe wyobrażenie o tamtych czasach. W jednej ze scen, John Adams wyśmiewa słynny obraz Johna Trumbulla "Deklaracja Niepodległości", zarzucając mu, że sytuacja uwieczniona na płótnie, nigdy nie miała miejsca. Szerszego omówienia wymaga, wyżej już wspomniany, naturalizm. Najkrócej można to ująć w ten sposób: wyobraźcie sobie jakąś polską komedię romantyczną, a zaraz po tym, jej przeciwieństwo. Zamiast doskonałego, białego uzębienia widzimy nieliczne i popsute zęby, zamiast aksamitno - gładkiej cery, jest skóra pokryta krostami, naznaczona przebarwieniami i zmarszczkami, w miejsce obrzydliwie syntetycznych dialogów, mamy krwiste, pełne pasji kwestie, skąpane w potokach śliny, bohaterowie się pocą, mają brud pod paznokciami, a ich włosy długo nie widziały wody. Być może nie jest to naturalizm w pełnym tego słowa znaczeniu, ale z pewnością  blisko mu do niego.

Odtwórcą głównej roli w serialu jest Paul Giamatti. Doskonale partnerują mu Laura Linney jako Abigail Adams, Tom Wilkinson jako Benjamin Franklin, czy Stephen Dillane w roli Thomasa Jeffersona. Gra aktorska każdego z wyżej wymienionych jest, jak usta Angeliny Jolie - jedyna w swoim rodzaju. Oglądając ich poczynania, zapomina się o tym, że to tylko serial. Przyciągają uwagę widza, niczym magnes, czarując swoim warsztatem. John Adams, patriota, myśliciel wyrażający swoje poglądy w sposób dyskursywny, często wiedziony emocjami, Abigail Adams, opoka i inspiracja dla swojego męża, mogąca swoim uśmiechem udobruchać samego Cerbera, czy Thomas Jefferson, dandys, o zalotnym usposobieniu, poza tym uczony prezydent i genialny wynalazca. Takie kreacje, sprawiły, że kupuję każde ich zachowanie i wyrażoną emocję. Na osobną uwagę zasługuje David Morse, wcielający się w rolę Georga Washingtona. Stworzył postać nadzwyczaj charakterystyczną. Było go niewiele, niemniej jednak każde jego pojawienie się na planie, nadawało tej chwili doniosłości. Nie można zapomnieć o wyśmienitej scenie z jego udziałem, podczas składania przysięgi na urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Temu wydarzeniu towarzyszyły tłumy ludzi, w milczeniu oczekujące na słowa Waszyngtona. Ten, z kolei, mówił tak cicho i spokojnie, że słyszany był tylko przez Johna Jaya, Prezesa Sądu Najwyższego. Gdy ceremonia dobiegła końca, społeczeństwo eksplodowało z radości. Amerykanie mieli swojego Ojca Narodu.

"John Adams" może służyć jako studium ówczesnych stosunków społecznych, gospodarczych (to już trochę mniej), nastrojów niepodległościowych, moralności i etyki, wreszcie problemów nowopowstałej republiki. Takim problemem bezsprzecznie były polityczne antagonizmy. W omawianych czasach nie istniał obecny podział sceny politycznej na Partię Republikańską i Partię Demokratyczną. Spór toczył się między demokratami (Partia Demokratyczno - Republikańska) a federalistami. Jest to o tyle ważne, że przedmiotem sporu, nie było dobro państa, ani sposób rządzenia nim, a jego istnienie. Amerykański polityk przedstawiony jest w raczej złym świetle. Jest żadny władzy, butny, przekonany o właśnej glorii, lubiący popisywać się talentem krasomówczym. Celnie skwitował ten stan Adams na I Kongresie Kontynentalnym:"Gdyby tematem obrad było, że dwa dodać trzy daje pięć, spędzilibyśmy dwa dni na dyskusjach i dopiero wtedy wydalibyśmy oświadczenie, że tak w istocie jest". Te i inne ważkie tematy przewijają się podczas seansu, z mniejszym, czy też większym nasileniem. Nie ulega wątpliwości, że w przypadku większości produkcji telewizyjnych, krucjalne znaczenie ma nacisk położony na rozrywkę, a nie edukację. Z tego powodu, nie można postrzegać tej produkcji w charakterze traktatu naukowego. Serial HBO nie jest wyjątkiem w tej materii, jednakże rozdźwięk pomiędzy komercją a edukacją, w przypadku "Johna Adamsa", jest znikomy.

Odnośnie ścieżki dźwiękowej mam jedno spostrzeżenie, godne odnotowania. Otóż muzyka początkowa została skomponowana bardzo wymownie, na modłę melodii wojennej. Można usłyszeć wojskowe werble, skrzypce, a także motyw muzyki indiańskiej. Taka muzyka dawała natchnienie ówczesnym kolonistom do walki zbrojnej o swoją przyszłość i o swoje państwo. Stanowiła swoisty hymn Stanów Zjednoczonych. Jako że nie znam się na muzyce, ograniczę się tylko do tych kilku linijek. Wyjdzie to na dobre, i mnie, i wam.

"John Adams", mimo że należy do ekskluzywnego klubu moich ulubionych seriali, przysporzył mi sporo kłopotów przy pisaniu tej recenzji. Wiem, że powinienem nadmienić jeszcze o zdjęciach do serialu, o udziale Toma Hanksa, jak również o reżyserii i kilku ciekawostkach. Zabrakło mi chęci. Liczę na to, że Wam, czytelnikom, ich nie zabraknie i zakosztujecie kawałka historii, kapitalnych dialogów, autentycznego aktorstwa, a nade wszystko świetnej roboty filmowców, od których polska kinematografia może i powinna się uczyć. A to wszystko w jednej pigułce produkcji HBO.

Tagi: John Adams
00:36, freenchman
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 31 stycznia 2011

"To jest mały krok człowieka, ale wielki krok ludzkości". To słowa wypowiedziane przez Neila Armstronga 21 lipca 1969, gdy jako pierwszy człowiek postawił stopę na powierzchni Srebrnego Globu. Zaiste, było to wielkie wydarzenie w historii ludzkości, jednakże poza kilkoma chwilami  uniesienia i 20 kilogramami księżycowych próbek, zdobycie Księżyca nic człowiekowi nie dało. Na razie.

 

W bliżej nieokreślonej przyszłości, Księżyc jednak okazuje się być doskonałym źródłem "czystej energii". Energia ta oparta jest izotopie Helu (3He), który znajduje się w skorupie naszego naturalnego satelity. Wizja wielkich zysków i monopolu na rynku, zachęciła przedsiębiorstwa Lunar Industries do wzniesienia bazy księżycowej "Sarang" (co w koreańskim oznacza "miłość"). Dzięki wysokiej technologii, a w szczególności udoskonaleniu Sztucznej Inteligencji, cała produkcja obsługiwana jest przez jednego człowieka - inżyniera Sama Bella i robota o wdzięcznym imieniu GERTY. Akcja filmu, to ostatnie kilkanaście dni z trzyletniego pobytu Sama na placówce. Pewnego dnia, podczas przeprowadzania rutynowej kontroli wydobycia pierwiastka, dochodzi do wypadku, w wyniku, którego Sam traci przytomność. Po jej odzyskaniu, nic nie jest już takie jak przedtem, a wątpliwości wypełzają z każdego zakamarka jego jestestwa.

Pisząc tę recenzję, stanąłem przed poważnym problemem: czy zdradzić czytelnikowi kilka ważnych szczegółów filmu (potocznie mówiąc, spojlerować) i móc się do nich odnieść, czy zachować je w tajemnicy i napisać recenzję o wartości równej expose premiera. Wybrałem pierwsze wyjście i mam nadzieję, że trafnie i Wy czytelnicy wybaczycie mi to, bo nie sposób potraktować tego filmu po macoszemu. "Moon" to właściwie dzieło dwóch ludzi: Duncana Jonesa i Sama Rockwella. Ten pierwszy wymyślił, napisał i wyreżyserował całą historię, głównie dla tego drugiego, który znowu zrewanżował się doskonałą i przejmującą kreacją aktorską temu pierwszemu. Co prawda, scenariusz wyszedł spod ręki Nathana Parkera, ale ma to marginalne znaczenie, biorąc pod uwagę wkład Jonesa w całokształt. Małą cegiełkę dołożył od siebie Kevin Spacey, który użyczył swojego głosu inteligentnemu robotowi. No dobra, zbrodnią byłoby zapomnieć o osobie Clinta Mansella, twórcy muzyki do takich tytułów, jak chociażby "Requiem dla snu", "Żródło"*, "Zapaśnik", czy wreszcie nominowanego w tym roku do Oscara "Czernego łabędzia". Nie znam wszystkich tych soundtracków, ale za muzykę do "Moon" oddałbym się dla niego w jasyr. Spokojne, przeciągłe brzmienia fortepianu, potęgujące samotność i bezradność głównego bohatera (bohaterów?) zaciskały pętlę na mojej szyi, a ślinę zamieniały w gorącą smołę. Zatem, pragnę skorygować wsześniejsze stwierdzenie: jest to dzieło trzech ludzi.

Debiut reżyserski Duncana Jonesa, czyli recenzowane "Moon" jest kinem offowym** z pięcimilionowym budżetem, krótka listą płac, bez międzynarodowego rozgłosu, za to z doskonałym pomysłem i realizacją. Stanowi świeży powiew dla nieco nadwątlonej renomy gatunku sci - fi. Reżyser w sposób odważny i zdecydowany porusza problemy, które wcale nie muszą być science - fiction w niedalekej przyszłości. Przecież już teraz temat klonowania jest żywo dyskutowany, a nawet żaden człowiek nie został sklonowany (wg oficjalnych informacji). Stawia śmiałą tezę, że człowiek z pozycji podmiotu, może zostać zdegradowany do roli przedmiotu. Co więcej, przedmiotu, który się wyrzuca, gdy już skończy się jego data ważności. Wagę tego zagadnienia dostrzega Sam, stwierdzając pod koniec filmu "My nie jesteśmy zaprogramowani, GERTY, jesteśmy ludźmi".  Jones nie poprzestaje na bezosobowym ujęciu źródła problemu, winnym wskazując Lunar Industries. To przedsiębiorstwo jest alegorią bezwzględnego i krwiożerczego kapitalizmu w wykonaniu światowych potentatów, ich zakulisowych działań, kłamstw, nieuczciwych praktyk rynkowych czy łamania praw człowieka.  Wszystko to oczywiście odbywa się pod płaszczykiem uśmiechów, niewinności, dbania o klienta, solennych zapewnień i obietnic dbania o przyrodę. Szczególnym przejawem tej fasadowości, jest ekipa ratunkowa, która ma "rowiązać" nieoczekiwany problem na Księżycu. Fizjonomia ratowników przywodzi na myśl bardziej rozbójników Ali-Baby niż szlachetnych wybawicieli. Ratować będą, ale interesy możnego pracodawcy. Odliczanie czasu przybycia załogi symbolizuje upływ życia bohatera i nadejście jego końca, z czego długo nie zdaje sobie sprawy. Ponad ten smutny stan rzeczy wyrasta GERTY. Twór człowieka zaprogramowany do obsługi bazy, pomocy i opieki nad Samem. Może nie wygrałby konkursu na najmilszą maszynę (z Wall - E nie ma szans), ale wzbudza symaptię i okazuje, to czego na pewno brakuje decydentom Lunaru, coś na modłę ludzkich uczuć. Potrafi się sprzeciwić poleceniom swoich twórców dla wyższej moralnie wartości, pomocy człowiekowi. Wymowne, choć trochę naciągane.

Akcja filmu toczy się powoli, ale proszę nie mylić z nudą, bo w tym przypadku jedno jest tak odległe od drugiego, jak polska piłka od przyzwoitości. Widz nie dozna oczopląsu od licznych szwenków kamery czy nawału efektów specjalnych. Tych ostatnich chociaż mało, to stoją na wysokim poziomie. "Moon" to nie film z cyklu "pójdę zrobić szamę, bo i tak nic mnie nie ominie". To półtorej godziny uczciwie budowanej akcji, gdzie liczy się każdy szczegół i każde słowo. Nie ma momentów gorszych czy lepszych, ponieważ całość jest dla mnie majstersztykiem.

Mocnym punktem tego obrazu (nieczęsto używam tego określenia) jest scenografia. Wnętrze bazy wprost uderza widza swoją sterylnością i funkcjonalnością. Nie ma tam niczego zbędnego, żadnej ozdoby, wszystko przemyślane ze starannością średniowiecznego kaligrafisty. Są tylko dwa elementy, które niszczą doskonałą wizję i sugerują, że mieszka tam człowiek - makieta miasteczka wykonana z drewna i... włochate kapcie. Mieszkanie Sama z pewnością nie nadawałoby się na okładkę miesięcznika "Mój pierwszy, przytulny, kosmiczny dom". Oglądając "Moon" miałem nieodparte wrażenie, że protagonista czuję się tam, jak chomik w swojej klatce, niby ma wszystko potrzebne do przeżycia, a jednak życie jest pozbawione sensu, bo przecież świat nie kończy się w czterech ścianach (w przybliżeniu, bo nie liczyłem dokładnie). Z kolei, ujęcia powierzchni Księżyca, bazy czy kombajnów zbierających pierwiastek, nakręcono za pomocą miniatur, co jest kompletnie niezauważalne, bowiem wszystkie te elementy wyglądają naturalnie i nie wiedziałbym o tym, gdybym nie poszperał w necie. Operator umiejętnie uchwycił pustkę i jałowość księżyca. Cienie i światła są statyczne, za to bardzo wyraźnie zarysowane. Kolory intensywne i wyraziste, choć dominuje biel, czerń i szary. Nie ma pastelowo - nijakich barw.

Powoli będę zmierzał do finału niniejszej recenzji, wiedząc, że w dobie smsów, w cenie są krótkie wiadomości i informacje, a młodzież nie chce czytać. Wydaje mi się, że zawarłem w tych kilku akapitach wszystko, co chciałem zawrzeć i co wydało się godne uwagi. "Moon" to swego rodzaju przestroga przed nadchodzącą przyszłością w której niemożliwe stanie się możliwe, a niedopuszczalne będzie dopuszczalne. Jeśli pociąg o nazwie "ludzkość" do tego zmierza, to ja wysiadam, a na znak prostestu wyrzucę kompa przez okno.

 

 

*  - tak Jacku, to ten soundtrack, którego masz 523 przesłuchania na Lascie

** -  ale nie tak offowym Klauduś:P

 

Frenczere della Sera

Tagi: moon
21:59, freenchman
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011

Odlot.

Jak wiadomo recenzja winna zaczynać się od zaprezentowania aktorów, ewentualnie postaci które brały udział w czynnościach prowadzących do powstania końcowego efektu - nazywanego przez homo sapiens – filmem… Mam na imię Jacek i jeśli mnie nie znasz to na wstępie dam się poznać z mojej strony, którą można uważać zarówno za wadę jak i zaletę. Przekora. Ale zaraz przecież on miał pisać o filmie! Po pierwsze nie zaczynamy pisać zdania od „ale” a po drugie lubię  robić rzeczy po swojemu, tym bardziej na moim – no naszym Frenczuniu – blogu. Wszelkie błędy interpunkcyjne i ortograficzne nie zostały poprawione (przynajmniej w pierwszym poście – pewnie potem to nie przejdzie i Frenczko zadba o to żeby Wam oczy nie wypadły np. gdy przeczytacie „śróba” :P i styl „pauza” zniknie)

Przechodząc do sedna sprawy - bo jak wiadomo trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść a pierdołom dać spokój…

 

Chodźcie oglądniemy BAJKĘ.  O w mordę! Co się dzieje? Ja stary koń będę bajki oglądał?
Nie przyznałem się od razu, że nie mam ochoty. Poczekałem chwilę dostałem ciasto  i herbatę na „zachętę” no to siadłem przed pudłem…
I co? I już po pierwszych minutach dało się zauważyć , że sceptyczne podejście było delikatnie mówiąc nietrafione. Historię rozpoczynają sceny ukazujące młodość i marzenia dwójki dzieci bawiących się razem i snujących plany - marzenia na przyszłość.

Następnie mamy przyjemność być świadkami retrospekcji wydarzeń z życia pary szczęśliwych małżonków. Pomijając opisywanie szczegółów jak to razem piją herbatkę, czy też zdobywają szczyty upragnionych wielotysięczników , możemy zasmucić się faktem powalającym na kolana nie jednego najtwardszego twardziela.  Nie udało się spełnić marzenia z dzieciństwa - jakiego - dowiecie się z filmu. W zasadzie akcja rozpoczyna się od momentu gdy główny bohater  zostaje zmuszony do opuszczenia swojego domku. Zmagania i trud włożony w proces tworzenia owego ogniska domowego, razem ze swoją lubą , nie pozwoliły jednak rozstać się z nim bez walki.
Pojawienie się młodzieńca oraz kilku nowych kompanów pozwala rozpocząć wspólną przygodę.
Popełnione dzieło może być skierowane zarówno do młodszych odbiorców, jednak traktuje również o sprawach dotykających starsze pokolenie.  Starając się odkryć drugie dno możemy odnieść wrażenie, że każdy z nas mógłby być bohaterem kreskówki. Twierdzenie, iż BAJKA porusza problemy egzystencjalne może wydawać się lekko przesadzone, aczkolwiek po głębszej analizie mógłbym pokusić się o takie stwierdzenie. Moim zdaniem każdy odbiorca znajdzie „coś dla siebie”  i wysnuje swoje wnioski czy też refleksje…  Jeśli chodzi o muzykę, nie można powiedzieć złego słowa. Doskonałe dopasowanie do momentów zabawnych jak i chwil budujących napięcie. Samo wykonanie oraz wrażenia wizualne na jak najwyższym poziomie. W końcu nie bez powodu uzyskał tytuł najlepszego filmu animowanego roku (którego – poszukaj a znajdziesz)… Przedstawiając  patetycznie film twórców „gdzie jest Nemo” i „Potwory i spółka” należy pamiętać o humorystycznym sposobie potraktowania całego przedsięwzięcia.  Bo kto z Was chociaż raz się nie uśmiechnie na widok pociesznego Russela – „Syna Dzikiej Przyrody”, zwariowanego aczkolwiek odrobinę zaszczekanego psa Asa, który prosi ptaka o oddanie się w niewolę … Gorąco zachęcam do poświęcenia około 93 minut (nie licząc reklam) na podróż w towarzystwie naszych bohaterów. Bo nasze życie to także jedna wielka przygoda. Jak ją zrealizujemy w dużej mierze zależy właśnie od nas!

To napisałem Ja, czyli nikt inny - Szymek.

Tagi: odlot up
16:14, freenchman
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 listopada 2010

Drogie dzieci, czy lubicie kolor różowy? A nosorożce? A różowe nosorożce? A różowe, pluszowe nosorożce, które śpiewają, tańczą i grają na gitarze? Jeśli tak, to całym sercem pokochacie SMOOCHY'EGO, różowego, pluszowego nosorożca, który śpiewa, tańczy i gra na gitarze. Niestety, mam dla was dzieci złą wiadomość, "Death to Smoochy" nie jest filmem dla was. A to, dlatego że w tym filmie giną ludzie, padają przekleństwa, pojawiają się naziści, a na domiar złego, scenarzysta zaserwował widzom widok ciasteczkowego przyrodzenia. Za to dorośli powinni czuć satysfakcję z seansu.

 

Tęczowy Randolf (Robin Williams) prowadzi dydaktyczno - rozrywkowy program telewizyjny dla najmłodszych, a także jest ulubieńcem i maskotką milionów dzieci począwszy od Seattle w północno - wschodnim rogu USA, poprzez całe East Coast, dalej przez Nevadę i Góry Skaliste, do stanów środkowych i słynnego "Stanu Słonecznika" - Kansas, następnie przez Nowy Orlean nad Zatoką Meksykańską po Miami na Florydzie, a stamtąd Zachodnim Wybrzeżem, aż do Nowego Yorku, w którym to rozgrywa się cała akcja. Tak mocno świeciła jego gwiazda (w jednym rzędzie z Randolfem można by postawić jedynie naszego, rodzimego Pana Tik -Taka). Idylla skończyła się wraz ze skutecznie przeprowadzoną prowokacją Policji, w wyniku której Randolf nie tylko stracił lukratywną posadę, ale również miłość milusińskich. W takiej sytuacji, potężna stacja telewizyjna, nie chcąc dopuścić do utraty ogromnej rzeszy widzów rozpoczyna poszukiwania nowego pupila. I tak, oto pojawia się kandydatura Sheldona Mopesa, wolontariusza, który po godzinach, w stroju nosorożca, umila czas pensjonariuszom ośrodka dla uzależnionych od narkotyków...

Warner Bros. samo strzeliło sobie w stopę, wprowadzając "Sprzątnąć Smoochy'ego" w zasadzie tylko do amerykańskich kin. Film z budżetem rzędu 50 mln $, zarobił w USA 8,364,691$, a zagranicą zaledwie 18,247$. Mało, prawda? Zatem, film ten, z czystym sumieniem, można ochrzcić mianem finansowej klapy. Natomiast, jak się ma do tego strona artystyczna? O tym, już po krótkiej przerwie.

Krótka przerwa

Zacznę, trochę przewrotnie, od muzyki, która determinuje charakter, jak również odbiór recenzowanego filmu przez widza. "Death to Smoochy" momentami zbliżony jest do musicalu, bowiem ścieżka dźwiękowa składa się z utworów stanowiących element akcji, jak i utworów będących tlem dla wydarzeń. Główni bohaterowie, Smoochy i Tęczowy Randolf, wykonują osobiście kilka piosenek w prowadzonych przez siebie spektaklach dla dzieci. Co ciekawe, jedną z nich i chyba najlepszą - "The Friends Song", skomponował i napisał do niej słowa sam Ed Norton. To tylko dowód, jak ten człowiek jest uzdolniony, robiąc coś ponad program( jak w przypadku "Fridy" do której nieoficjalnie napisał scenariusz). Przez większość kawałków przewija się motyw gitary rodem ze spotkań oazowych, na szczęście w lepszym wydaniu. Głównie są to melodie skoczne, żywe, w sam raz, żeby poderwać do zabawy dzieci. Summa summarum, soundtrack został stworzony z myślą o bawieniu widza i wywoływaniu na jego twarzy uśmiechu. Mnie się podobał.

Adam Resnick, człowiek, który w Fabryce Snów kariery nie zrobił, gdyż najzwyczajniej w świecie niczym się nie wyróżnił, napisał scenariusz opowiadający o różowym nosorku. Zdecydowanie, to najjaśniejszy punkt jego życia zawodowego. "Death to Smoochy" to historia oparta na typowo amerykańskim motywie "Od pucybuta do milionera". Musze przyznać, że taka konstrukcja scenariusza do mnie nie przemawia. Na tym lista ogranych schematów się nie kończy, ale nie wiem czy postrzegać to jako nieudolność czy zamiar scenarzysty. Wątek miłosny, motywy upadku, rezurekcji czy zgody wydają się bez wątpienia wtórne, natomiast wątki poboczne wnoszą mnóstwo świeżości i polotu do całej produkcji. Resnick mimo niewielkiego doświadczenia i dorobku filmowego, zdobył się na odwagę i pobawił się konwencją, dzięki temu "Death to Smoochy" to nie dzieło monochromatyczne, dające się podpiąć pod jeden konkretny gatunek, a film barwny, przyjemny i inspirujący jak majowa łąka wypełniona wonią rumianku i bzyczeniem pszczół, a także szalenie inteligentny i dowcipny niczym autor tej recenzji. Elementy czarnej komedii gładko zazębiają się ze składnikami kryminalnymi, dzięki zastosowaniu ciekawych pomysłów takich jak osoba Spinnera i jego irlandzka rodzinka, Burke - podstępny agent Smoochy'ego grany przez Danny'ego DeVito i kilku innych. Cała historia kończy się "happy endem" i opatrzona jest prostym morałem, ponieważ Resnick nie miał ambicji tworzyć spiżowego pomnika, a zabawne kino rozrywkowe.

Zbliżając się ku końcowi, nie sposób nie wspomnieć o największych gwiazdach tego widowiska. Mam na myśli, wspomnianych już we wstępie, Edwarda Nortona i Robina Williamsa. Obydwoje wcielili się w dosyć niekonwencjonalne postacie, a zatem duże brawa za odwagę i wykonanie. Zaprezentowana przez nich gra aktorska trąciła pretensjonalnością i zmanierowaniem, jednak to tylko dodało uroku odgrywanym postaciom. Szczególnie odnosi się to do Williamsa, który niestety został doceniony, ale nominacją do Złotej Maliny. Według mnie niesłusznie. Wreszcie kilka słów o osobie najbardziej zaangażowanej w ten projekt, czyli o Dannym DeVito. Danny jest jednym z bardziej rozpoznawanych ludzi kina, ze względu na liczne role komediowe. Natomiast na tym dorobek jego się nie kończy. Jest także reżyserem oraz producentem filmowym. W przypadku kręcenia "Death to Smoochy", DeVito zasiadł po obu stronach kamery, odtwarzając postać Burke'a i na reżyserskim krześle. W obu rolach spisał się dobrze, co prawda ustępując miejsca w/w dwójce. Danny miał jednak inny problem. To na niego spada głównie wina za mierny wynik finansowy.

Na ostatnich metrach przed metą, wypada mi zachęcić do seansu tego fikuśnego filmu, żeby moja praca nie poszła na marne. "Sprzątnąć Smoochy'ego" nie zawiedzie inteligentnych widzów, a ci nieinteligentni... mnie nie obchodzą. Dobranoc drogie dzieci.

 

Hail Smoochy!

 

Tagi: smoochy
15:39, freenchman
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 czerwca 2010

 

Kilka dni temu zostałem zaproszony, a raczej powiedziałbym, siłą zaciągnięty na świeżego Robina prosto z Hollywood. Miałem złe przeczucia. Uspokoiła mnie trochę wiadomość o zniżce na bilety, a także nowe wnętrze kina.W końcu zasiadłem w podziurawionym fotelu i pogrążyłem się w kolejnej odsłonie legendy Robina z Loxley. Nie trwało długo nim pierwszy raz dostałem obuchem w łeb. Chodzi o scenę, w której król Ryszard Lwie Serce szaleje pod murami obleganego zamku, niczym młody bóg. Zgadza się, że w średniowieczu królowie brali aktywny udział w bitwach, ale z pewnością nie wykazywali się taką nonszalancją i brakiem rozsądku, jak angielski monarcha. Oczywiście nie mogło również zabraknąć nadętej sceny, w której Robin mierząc, ponad godzinę, do największego szubrawca w całym filmie, trafia go strzałą w policzek, powodując u niego lekkie krwawienie i stylową bliznę. Podobnych niedorzeczności było w całym filmie znacznie więcej, jednak nie zamierzam nikomu psuć zabawy przed seansem. Bowiem, kto jest bacznym obserwatorem, w mig dojrzy większość absurdów.

Moje drugie spostrzeżenie odnosi się do tytułowego protagonisty, czyli samego Russella Crowe'a. Zagrał mizernie. Nie pomogło mu nawet przyswojenie angielskiego akcentu. Nie starał się nawet dorównać Costnerowi, ostatniemu odtwórcy Robin Hooda. Kurde, przecież gościu stworzył w przeszłości kreacje, które przeszły do historii kina, chociażby w "Romper Stomper", "Tajemnicach Los Angeles", czy "Informatorze". Russell ma za sobą chlubną przeszłość, natomiast jego niedawne popisy na srebrnym ekranie, budzą we mnie silny niedosyt. Mam wrażenie, jakby Ridley Scott na siłę chciał utrzymać Crowe'a na powierzchni, angażując go do większości swoich wielkobudżetowych produkcji.

Podczas seansu kilkakrotnie biadałem na ślimacze tempo akcji. Nie mogłem się doczekać chwili, gdy wesoła zgraja z Sherwood będzie grabić bogatych, a dawać biednym. I nie doczekałem się. Ale akurat to, należy zapisać Ridleyowi na plus. Odważył się odmiennie spojrzeć na legendę XIII wiecznego banity. Scott w swoim filmie przedstawił genezę wizerunku Robina Hooda, utrwalonego w społecznej świadomości. Parafrazując trochę sławne powiedzenie "umarł król, niech żyje król", można w tym wypadku rzec: narodził się nowy Robin, niech żyje stary dobry Robin Hood.

Tagi: robin hood
10:52, freenchman
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 maja 2010

Połowa lat 90. obfitowała w mnóstwo głośnych premier filmowych. Wystarczy wspomnieć o takich perełkach, jak "Kasyno", "Braveheart", "Siedem"  czy w końcu "Zostawić Las Vegas". Wymieniać znaczące tytuły mógłbym jeszcze długo, ale po pierwsze: nie chce mi się, po drugie: mi się nie chce, po trzecie: nikt mi za to nie płaci, a po czwarte: ciekawscy mogą zajrzeć na fw. No tak, ale do czego zmierzam. Otóż, w tym płodnym 1995 z unoszącego się w powietrzu natchnienia skorzystał Gary Fleder, reżyserując "Rzeczy, które robisz w Denver będąc martwym". Scenariusz napisał Scott Rosenberg, który ma również w dorobku scenariusz do "60 sekund" i "Con Air". Mając na uwadze sławę w/w tytułów, nie dziwi więc niewielka popularność tego filmu. W końcu, nawet husaria nie miała szans przeciwko broni palnej.

Święty Jimmy Tosnia z Flatbush to były gangster i niedoszły zakonnik, prowadzący obecnie dosyć specyficzną działalność o nazwie "Afterlife Advice". Interes okazuje się jednak dużym niewypałem i nie przynosi spodziewanych zysków. Los w końcu uśmiecha się do Jimmy'ego, bowiem ten otrzymuję lukratywną propozycję. Ma za zadanie wykonać prostą robotę dla swojego byłego bossa. W tym celu odnajduje dawnych kompanów i proponuje udział w zadaniu. W międzyczasie, w życiu głównego bohatera pojawia się piękna Dagney. Sprawy nieoczekiwanie się komplikują przez co, Jimmy i jego ekipa wpadają w kłopoty. Tak pokrótce można przedstawić zarys fabuły, bez ujawniania jej szczegółów.

Przedstawiona historia, ujęta jest w formie opowiadania. Narracja prowadzona jest pierwszoosobowo. Narrator jest świadkiem przedstawionych w filmie wydarzeń i biernie w nich uczestniczy. Co ciekawe, cała akcja ma budowę klamrową, zaczyna i kończy się tą samą sceną. Ma to sprzyjać odbieraniu tej historii jako miejskiej legendy.

Scenarzysta postarał się o to, aby widz nie spoglądał na zegarek podczas seansu "Rzeczy...". Akcję poprowadził sprawnie, bez zbędnych dłużyzn, unikając przy tym popadania w tanie efekciarstwo.  Nie doświadczymy tu nadzwyczajnych zbiegów okoliczności, naciąganych zwrotów akcji czy bezsensownych zachowań bohaterów. Jednak, nie można powiedzieć, by scenariusz charakteryzował się dokumentalną precyzją. Świat przedstawiony w filmie jest nieco odrealniony, a bohaterowie odrobinę przekolorowani, ale w stopniu niegodzącym w inteligencję widza. Pisząc o przekolorowanych bohaterach, mam na myśli przede wszystkim ich silne zróżnicowanie zarówno pod względem cech fizycznych, charakteru, jak i zachowania się w poszczególnych sytuacjach. Takie ujęcie postaci przywodzi na myśl filmy Richiego i Tarantino. Ponadto, nie sposób nie docenić wielu małych niuansów, które nadają całości smaku. Chociażby charakterystyczne przywitanie, wznoszony toast, czy bar z koktajlami, gdzie wszystko się zaczyna.

Kolejnym, niewątpliwym atutem "Rzeczy..." są dialogi. Dobrze współgrają w prezentowanymi na ekranie wydarzeniami. Poszczególne teksty zapadają w pamięć, inne wywołują przemyślenia, a jeszcze inne po prostu wzbudzają uśmiech. Mam wrażenie, że chyba każda dziewczyna chciałaby paść ofiarą flirtu Jimmy'ego. Był tak uroczy i przekonujący, że prawie sam się dałem nabrać. Scott Rosenberg chcąc uczynić z dialogów mocną stronę "Rzeczy...", stworzył specyficzny i unikalny żargon stosowany przez bohaterów. Sam nie jestem żadnym poliglotą, ale nawet mnie udało się wychwycić wiele ciekawych, rzadko stosowanych słów. Nadaje to filmowi niepowtarzalny klimat i sprawia, że jeszcze chętniej wplatamy różne zwroty do codziennej mowy.

Natomiast, jeśli chodzi o muzykę, to nie można zbyt wiele o niej napisać. Przede wszystkim nie przeszkadza w oglądaniu filmu. Jest stonowana i spokojna. Ponad resztę wybija się jedynie utwór początkowy i końcowy w rytmie południowoamerykańskim.

A teraz w końcu będzie o obsadzie. W końcu, bo chyba do żadnego aspektu kina nie podchodzi się tak subiektywnie i emocjonalnie, jak do gry aktorskiej. Jedni powiedzą, że mlaskający Joker budzi grozę i odrazę, inni, że ma sucho w gębie. I tak również będzie w przypadku filmu Fledera. Największe wrażenie wywarł na mnie tercet Garcia, Walken, Lloyd. Tych panów nie trzeba nikomu przedstawiać i dobrze, bo zajęłoby to dużo miejsca. Andy Garcia odtworzył postać Jimmy'ego Tosni (kto jak kto, ale Garcia pasuje do wizerunku gangstera). Jimmy to spokojny człowiek, o dużej wrażliwości i lojalności. Nie pali, nie przeklina, wyraża się w sposób swobodny i elegancki. Żyje i działa według ściśle ustalonych zasad. Honor jest dla niego wszystkim. Nosi drogie garnitury, kobiety za nim przepadają, a interesy szefa "miały dzięki niemu klasę". Taki powinien być Jimmy i taki też był, dzięki Garcii. Wielkie brawa. Christopher Lloyd odtwórca słynnego Dr Browna z "Powrotu do przyszłości". Tym razem wcielił się w rolę trędowatego bandziora i... zrobił to fantastycznie. Lloyd sprawił, że Oldenowi się nie współczuje z powodu jego choroby, a szanuje się go za podejście do życia i pogodzenie z losem. Wreszcie kilka słów o Walkenie, którego możemy podziwiać w roli Bossa (nie podano w filmie dokładnego imienia). Pomimo że jest przykuty do wózka i sparaliżowany od stóp po szyję, emanuje od niego chłód większy niż od Dartha Vadera. Za jego fasadowymi uśmieszkami kryje się znudzenie i rozgoryczenie życiem.  Christopher Walken mógł grać tylko i wyłącznie mimiką twarzy, czego wcale nie można uznać za ułatwienie. Świetna rola i wielki aktor.

Co jeszcze mogę dodać, gdy już tak długo zanudzam. Wypadałoby zrobić jakieś małe podsumowanie i wystawić ocenę. Nie uczynię tego. Myślę, że każdy, kto obejrzał lub obejrzy "Rzeczy, które robisz w Denver będąc martwym" zrozumie sens tytułu, a co za tym idzie, i całego filmu. Warto było pościwięcić 110 minut, żeby choć trochę poczuć smak życia, jakiego nigdy nie doświadczymy. Bo kto z nas tańczył w Paryżu Foxtrota z dziwką za dwatysiące dolarów?

Tagi: denver things
23:01, freenchman
Link Komentarze (2) »